The Reverend Peyton's Big Damn Band – Peyton on Patton CD
Brand: Side One Dummy
39,00 zł
Nagrany w ciągu jednego dnia i za pomocą jednego mikrofonu nowy album The Reverend Peyton's Big Damn Band.
Jedyny w swoim rodzaju country-blues z delty Mississippi, tym razem nagrany głównie przez samego lidera tej kapeli Peytona. Dlaczego oni grają na Warped Tour a ich płyty znajdują się w punkowych dystrybucjach, tego nikt nie potrafi zrozumieć, ale tak jest!!!
"Jesus Is A Dying-Bed Maker"
"Some Of These Days I'll Be Gone" (Charley Patton Version)
"Mississippi Boweavil Blues"
"Elder Greene Blues"
"Tom Rushen Blues"
"Some Happy Days"
"Some Of These Days I'll Be Gone" (Banjo Version)
"Green River Blues"
"Prayer Of Death Pt. 1"
"A Spoonful Blues"
"You're Gonna Need Someone (When You Come To Die)"
"Shake It And Break It"
"Some Of These Days I'll Be Gone" (Rev. Peyton Version)
recenzja Pasazer 28:
THE REVEREND PEYTON'S BIG DAMN BAND – Peyton on Patton
Już niemal każdy punkowy frontman w Stansach bierze akustyka ze strychu i dzwoni do dziadka z pytaniem co się grało u niego na wsi zanim Elvis zaczął kręcić biodrami. Ja to rozumiem i nawet mi się podoba. Ale dociec jak taki zespół jak Reverend Peyton's Big Damn Band wylądował w punkowych dystrybucjach i na Warped Tour to już jest intelektualne wyzwanie. To jest trzecia płyta tego tria w Side One Dummy, ale mają ich jeszcze kilka…
Zawsze brzmieli jakby minione 80 lat przesiedzieli zamknięci gdzieś na farmie nad Missisipi i teraz nagle wyskoczyli stamtąd, strzepnęli zwały kurzu z kapeluszy i farmerskich portek, i nieświadomi zupełnie tego co się wydarzyło w XX wieku, przypomnieli te same rolnicze bluesy, które grali tuż przed wielkim kryzysem.
Ale na nowej płycie przeszli samych siebie, a niektórzy twierdzą że wręcz przesadzili. Nagrali ją mianowicie w ciągu jednego dnia, przy użyciu jednego mikrofonu, a zatem oczywiście w mono! Macie jakieś nagrania w mono oprócz tego co ojciec nagrał na kasprzaka w Jarocinie 1982?
Choć firmuje zespół, to większość wykonuje tylko szefu: zarośnięty grubas pt. Revered Peyton i jego gitara. Pozostała dwójka (w tym równie duża jak on żona, wycinająca na tarce!) dołącza się sporadycznie. Wszystko po to, aby jak najbardziej zbliżyć się do brzmienia, oraz stylu niejakiego Charlie Pattona – króla bluesa Delty Missisipi, który jako pierwszy z taka muzyką zrobił faktyczną karierę, wykraczającą poza lokalne plantacje, a przy tym, niczym Hendrix wyczyniał z gitarą różne wygibasy trzymając ją na plecach czy pod nogami. Wszystko jakieś 90-100 lat temu. Ta płyta to jego piosenki.
13 okrutnie surowych, do szpiku kości murzyńskich, country-gospel-bluesów. Payton był mieszańcem indiańsko-murzyńsko-białym, ale dla ówczesnych po prostu „czarnuchem”. I faktycznie ten album brzmi jak wykopalisko sprzed 100 lat. Jak się nie jest koneserem mogą być problemy z przebrnięciem przez niego.
Wyszło to na archaicznym kompakcie, oraz LP do którego bonusem jest nagrana na 78 obrotów 10-calówka z dwoma dodatkowymi kawałkami. Tylko na czym ja to odtworzę? Nie mam pojęcia gdzie dziadek zakopał swój stary gramofon jak ruskie szli w 1944… (B) (Side One Dummy)





