MORNING GLORY – Poets Were My Heroes CD
Brand: Fat Wreck Chords
36,00 zł
Nowjorski projekt ludzi związanych z Leftover Crack, Choking Victim, INDK, nieco w stylu Star Fucking Hipsters, też mocno polityczny ale o wiele bardziej zróźnicowany. Ponizej recka.
Morning Glory first became the spark of an idea back in 2001 when Ezra Kire (Leftover Crack, Choking Victim, INDK) took time off from touring and started to write and record some songs in his NYC apartment. Built on the backbone of ska, punk, crust, metal, much like his other work, the songs Ezra wrote for Morning Glory served as an outlet for the expanded spectrum of his songwriting. This epic album is a sonic kaleidoscope of punk noise melding strings, horns, choirs, pianos, and organs over a web of distorted guitars and marching, single kick pedal drums. It is both grand and elaborate, with each song evoking a different mood and style, challenging the musicianship of even the most dexterous players, while still maintaining its punk-inspired simplicity and catchy anthemic sound throughout. Vinyl version includes a download card good for one free download of the album in MP3 format.
1. Everything's A Song (To Me)
2. Shelter From The Spoon
3. Poets Were My Heroes
4. March Of The Asylum
5. Quemar Las Fronteras
6. Divide By
7. Orphan's Holiday
8. Touch
9. Patiently
10. Life's A Long Revenge
11. Another Way (Outside The Walls Of Eden)
12. Born To December
recenzja pasazer 30
MORNING GLORY – Poets Were My Heroes
Na razie to jestem bardziej zaskoczony niż olśniony eklektyzmem jakim epatuje Morning Glory. I sam nie wiem czy można tyle upakować do punkowej płyty i przeżyć…
Chodzi o nowojorski punkowy kolektyw muzyczny kierowany przez niejakiego Ezra Kire znanego z Chocking Victims i Leftover Crack. Piszę kolektyw, bo choć owszem, niby ma być z tego koncertujący kwartet, ale jest to z jednej strony 100% wizja jednego gościa, który większość tej płyty nagrał. A z drugiej strony jest milion gości, którzy to tylko podmalowali i doprawili.
Kapela przebywała w inkubatorze od dłuższego czasu, pierwszą płytę nagrali w domu ponad 10 lat temu, potem była jakaś epka, ale ani wtedy ani później nie przekuło się to w żadne regularniejsze działanie. Aż do teraz. Być może Ezra pozazdrościł koledze z Leftover Crack – Stza, którego Star Fucking Hipsters nabrało rozpędu i popularności. Aczkolwiek źródła pisane twierdzą, że sprawa jest bardziej prozaiczna i chodzi o heroinę, od której się lider nie mógł uwolnić i do końca chyba nie uwolnił. Zresztą i o tym jest w tych piosenkach, co nie dziwne, bo Nowy Jork to Velvet Underground, „Heroin” i Dee Dee Ramone – tam się chyba grzeje bardziej. Niestety. Słychać, że Ezra ma fazę, odlot, talent ale słychać też, że może skończyć jak Dee Dee, choć może też pociągnąć trochę dłużej jak Lou Reed… Do tego typu poetów się odwołuje.
W każdym razie Morning Glory z tej samej gliny są ulepieni co SFH. To ta sama nowojorska punkowa bohema i nawet się brzmieniowo oba bendy mogą kojarzyć. Oba są baaaardzo polityczne, z podobnie namieszanym, nieortodoksyjnym ale punkowym brzmieniem. Ale okazuje się że różnorodność Star Fucking Hipsters to jest nic przy eklektyzmie Morning Glory. Ta kapela bije wszelkie rekordy jeśli chodzi o upakowanie do punkowej płyty, wszystkiego co koło punka nigdy nawet nie stało.
Oczywiście te wokale, energetyczność i zadzior są w 100% punkrockowe, ale budowa i składniki to już totalny misz masz. Jest epicka pompatyczność aż do granic rocka progresywnego, czy nawet symfonicznego, kawałki są skomplikowane i wielowątkowe – sugerują pewną epicką całość z milionem wplecionych smaczków z najróżniejszych stylistyk. Jest i americana i rycerski metal i ska i zwykła piosenka z forteklapą i cuda na kiju. Są bombastyczne i operowe aranżacje jak ze starego Queen i proste punkowe akordy jak Clash i crustowe wrzaski i pierwsze akordy szlagieru Stiff Littre Fingers. Dużo jest przepychu i budowania napięcia aż do smyczkowo-orkiestrowego finału (jak zeznaje lider: to mu zagrali zawodowcy – o zgrozo! – czytający nuty) ale nigdy nie schodzi do poziomu egzaltowanych kapel z grzywkami zafascynowanych Foreigner. Punk-opera to jest najwłaściwsze określenie tego cuda. Acha. Właśnie odkryłem, że False Prophets na drugiej płycie, czyli jakieś 25 lat temu kombinowali w bardzo podobnym kierunku… (B) (Fat Wreck)





